Rozdział osiemnasty.

Stary głos dochodzi do moich uszu. To nie jest Harry, jestem pewna. Jest niewyobrażalnie zimno, moje ciało jest lodowate.Zaczynam czuć jak robi mi się słabo, oczy same się zamykają.
Tracę kontrolę nad własnym ciałem i upadam, nie myśląc już o osobie za mną. Przynajmniej umrę we śnie.

Obudziło mnie przyjemne ciepło, które ogrzewało moje ciało. Otworzyłam leniwie oczy i podniosłam się na łokciach. Leżę na kanapie niedaleko kominka.
Choinka oświetlona lampkami i udekorowana kolorowymi bombkami soi w rogu pokoju, a prezenty pod nią uwieńczają efekt. Plasterki pomarańczy wiszą na niektórych gałązkach, co wygląda ładnie.
Dodatkowo goździki poutykane w pomarańcze na parapecie dają piękny zapach, który jest wyczuwalny zapewne w każdym krańcu tego domu.
Domu, właśnie. Gdzie ja jestem? Jest ciemno, pokój oświetla tylko ogień w kominku i czerwone, a także białe lampki na choince.
Kiedy chcę wstać słyszę jakieś głosy. Modlitwa, to na pewno modlitwa. Mam wrażenie, że coś mnie ominęło, że coś zostało przerwane. Pamiętam tylko, że było mi bardzo zimno, a potem chyba zemdlałam.
Teraz jestem tutaj, pomimo tej atmosfery i pięknej choinki nie czuję się dobrze.
Głosy są coraz głośniejsze, mogę rozróżnić z nich głos dziewczynki, kobiety i starszego mężczyzny. Słyszę wszystkie trzy naraz.
Próbuję jakoś wyrzucić je z mojej głowy, ale potrząsanie nią nie skutkuje. Siadam na kanapie i zaczynam rozmyślać nad tym, co się dzieje. Czuję, jakbym straciła pamięć nie pamiętam zbyt wiele, a w zasadzie, to nic nie pamiętam.
Słyszę kroki, a modły ucichają. Postać zmierza w kierunku choinki z gwiazdą w ręku. Jest to kobieta, łudząco podobna do osoby, którą znam.
Staje przy choince i próbuje założyć ozdobę na czubek drzewa, ale jest zbyt niska, żeby to zrobić. Z jej ust pada imię mojego ojca, który zjawia się po chwili i przejmuje przedmiot z jej ręki.
Bez problemu zakłada go na sam czubek, jest wysoki, więc to żaden problem dla niego. Kiedy chcę podejść do rodziców coś mi nie pozwala.Jakby jakaś siła wyższa sterowała moim ciałem każe usiąść mi z powrotem.
- Czy Angelina śpi?
- Tak, położyłem ją do łóżeczka. Mamy czas dla siebie.
O nie, oni chyba nie będą się teraz ten teges.
Kiedy już mieli się pocałować rozległ się hałas. Dokładniej płacz dziecka, jak się domyślam mnie. Zawsze mi mówili, że dużo płakałam jak byłam mała, więc w sumie wszystko się zgadza.
Głośne westchnięcie mamy dobiegło do moich uszu. Dawałam im popalić jak widać. Tata zaczął poprawiać choinkę, a mama poszła na górę.
Dziwna siła sprawiła, że wstałam i również tam poszłam. O, to chyba mój pokój. O matko, ale ja się wydzieram - powiedziałam sama do siebie i skrzywiłam się.
Moja mama podeszła do kołyski i nachyliła się nad nią. Zdziwienie pojawiło się na jej twarzy. Zostałam pokierowana bliżej i zobaczyłam, ze wcale nie ma mnie w tej kołysce, a mama jest wyraźnie zdenerwowana.
Zaczyna patrzeć pod nią, obok, chodzi po całym pokoju, a potem woła ojca.
Ten szybko pojawia się w pokoju i zaczyna szukać mnie wraz z zapłakaną matką. Wreszcie mnie odnajdują, ale nie jestem sama. Na zaśnieżonym tarasie leży dziecko, a nad nim stoi mężczyzna.
Ubrany na czarno, z kapeluszem na głowie.
Dziecko, czyli ja, jest ubrane w zwykłe pieluszki, które nie są w stanie utrzymać ciepła. Przecież ja tam zamarznę! Sama ruszam do drzwi tarasowych, ale nie mogę nic zrobić.
Rodzice wybiegają i zabierają mnie stamtąd. Facet wyraźnie nie jest zadowolony, że mnie zabrali. Nie widzę jego twarzy, ale mogę się założyć o paczkę pierników, że skądś go znam.
Drzwi zostają zamknięte, a ja przebrana w nowe rzeczy, ponieważ tamte przemokły.
- Żyje, to cud, że nie zamarzła.
- Jak ona się dostała na taras?! - wrzeszczy mama.
- Nie wiem, jedźmy do lekarza.
- Nie! Jeszcze nam ją zabiorą, przecież ona prawie się wychłodziła na śmierć.
- Wytłumacz mi to, ona nie umie chodzić, a była na tarasie.
- Mówiłam ci, że w tym domu dzieją się dziwne rzeczy, ale ty nigdy mnie nie słuchałeś!
- Dobrze, spokojnie. Po nowym roku się wyprowadzimy, na razie musimy tu zostać.
To my się kiedyś przeprowadzaliśmy? Nigdy mi nic nie powiedzieli na ten temat. Ale wróć, co tu się właściwie dzieje i dlaczego widzę wspomnienia?
Próbuję jakoś porozmawiać z rodzicami, ale oni mnie nie słyszą. Moje wołania, a nawet krzyki na nic się nie zdadzą, więc rezygnuję.
Siadam przy choince i patrzę w okno. Zostałam sama w pokoju, rodzice poszli ze mną spać. Patrzę w okno tarasu i znów widzę tego mężczyznę.
To dziwne, ponieważ on przeniknął przez szklane drzwi i w jednej sekundzie znalazł się w środku domu. Idzie spokojnie przed siebie, chodzi po całym pokoju i rozgląda się.
Chwilę potem zawraca i już ma wychodzić na dwór, kiedy bombka, którą przypadkiem strąciłam spada z gałęzi, a postać odwraca się w moją stronę.
Mogę się mu przyjrzeć, zobaczyć jego twarz. Patrzę na oczy, których.. nie ma. Dwie duże czarne dziury zwrócone w moją stronę, usta są zaszyte, widać czarną nić, która według wzoru przenika przez wargi tej osoby.
Strach zaczyna się pojawiać, kiedy ta postać idzie w moją stronę i cały czas patrzy się na mnie. Może mnie nie widzi, może to blef.
Przypuszczenia okazują się nietrafne, kiedy zostaję złapana za szyję i brutalnie podniesiona do góry. Zaczynam się dusić, a on nie przestaje zaciskać ogromnej łapy na  moim gardle.

_____________________
Wesołych, zdrowych i spokojnych Świąt wszystkim!

http://teacher-harrystylesfanfiction.blogspot.com

6 komentarzy:

  1. Anonimowy16:00

    OMFG! HDHCYDDTS *_* TO FF TO ŻYCIE! ILY x @xxhoranowaxx

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy18:22

    omg kocham to ff @cuddle_bae

    OdpowiedzUsuń
  3. Wow! Czekam na next

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy21:11

    Cudo

    OdpowiedzUsuń
  5. O mateńko, ten 'horror' zaczyna się robić coraz fajniejszy :3 Chcę więcej xD

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy14:27

    wspaniały, czekam na nexta z niecierpliwością :)

    OdpowiedzUsuń