Wyrywam się, ale nie jestem wystarczająco silna. Próbuję podrapać go paznokciami, ale on nie puszcza. Wręcz przeciwnie, zwęża uścisk i przydusza mnie do ściany.
Nagle zbiegają rodzice i zaczynają krzyczeć, a mój ojciec rzuca się na to coś. Przecież oni mnie nie widzą, skąd więc wiedzą, że ktoś jest w domu?
Mama bierze duży wazon i uderza to coś w głowę. Uścisk rozluźnia się maksymalnie, a przeciwnik upada na podłogę.
Łapię się za szyję i rozmasowuję ją, próbuję złapać oddech. Lekko zamglonym wzrokiem widzę mężczyznę leżącego na panelach.
To nie jest to, co mnie dusiło. To chłopak w moim wieku, może trochę starszy, który teraz leży bez ruchu.
Gdzie się podziała postać, która mnie zaatakowała? Wygląda na to, że właśnie wydarzyła się podwójna sytuacja.
Moi rodzice mnie ocalili, chociaż o tym zapewne nie wiedzieli. Po prostu próbowali ratować dom przed włamywaczem. Przyjechała policja, zaczęli przesłuchiwać rodziców i zabrali tego mężczyznę.
Zgasło światło, a kiedy się ponownie zapaliło stałam już w innym miejscu.
W ogrodzie oświetlanym przez światło księżyca. Zaczęłam iść przed siebie w kierunku ławki, a kiedy chciałam usiąść, to znów zrobiło się ciemno.
Nienawidzę ciemności, ale bardziej tego, co może w niej być. Przeniosłam się do parku w Londynie. Dużo dzieci, które biegały, a inne bawiły się na placu zabaw, ich rodzice i czasami dziadkowie.
Wszyscy spędzali dobrze czas, ponieważ pogoda była wyjątkowo udana.
Z myślą, że nikt mnie nie widzi udałam się na huśtawki, które uwielbiam. Usiadłam na jednej i obserwowałam małego chłopca, który zjeżdżał właśnie ze zjeżdżalni. Zaciekawiło mnie jedno, a mianowicie facet, który stał obok niego i szeptał mu coś do ucha.
Był ubrany na czarno i tak dziwnie się uśmiechał. ,,Zepchnij go, no dalej" usłyszałam to i przeraziłam się, ponieważ właśnie teraz mały blondynek miał zjeżdżać w dół.
Tamten chłopiec podszedł i popchnął go. Podbiegłam i złapałam go, a facet od razu przeniósł na mnie wzrok. Wyglądał, jakby umazał sobie powieki smołą.
- Dziękuję. - usłyszałam i spojrzałam w dół.
Chłopiec bez jednego przedniego zęba patrzył na mnie i uśmiechał się szeroko. - Wyglądasz, jak aniołek. - zaśmiał się i pobiegł do mamy.
Teraz dotarło do mnie w co jestem ubrana. Biała, nadzwyczaj prosta sukienka na ramiączkach spoczywała na mnie, a białe baletki o dziwo nie brudziły się.
Uśmiechnęłam się sama do siebie, ale uśmiech zniknął tak szybko, jak się pojawił, gdy ten mężczyzna stanął przede mną i zaczął dziwnie się poruszać.
- I co zrobiłaś? - zasyczał i spojrzał mi się w oczy. - Mógł spaść, wtedy mógłbym go dopisać do swojej listy.
- Jakiej listy?
- Martwych, a co myślałaś? Ten mały jest świetny - wskazał ręką na chłopca, który zepchnął blondyna - podatny na wszystko, co mu mówię. wykonuje każde moje polecenie, a ona - pokazał na dziewczynkę w długim warkoczyku - będzie następna.
I zniknął. Tak po prostu bez żadnego ale, zniknął. Szybko podbiegłam do chłopczyka i zapytałam go, dlaczego zepchnął tego drugiego.
Wytłumaczyłam mu też, że to bardzo złe i, że tak nie można. Powiedział, że mu kazali, a na pytanie kto mu kazał odpowiedział, że czarny aniołek. Potem uciekł do babci, która rozmawiała z jakąś kobietą.
Następna była dziewczynka. Chodziłam za nią tak długo, aż nie poszła z tatą do domu.
To było dziwne, ale chyba dziwniejsze było to, co powiedział mi ten chłopiec. Czarny aniołek? Nigdy specjalnie nie interesowałam się takimi sprawami, ale chyba będę musiała.
Pójdę do domu i poczytam o tym. No tak, zapomniałam. Nie mam domu i utknęłam w jakiejś dziwnej barierze czasu. Dzieci mnie widzą, dorośli nie. Skąd wiem, że nie? Chciałam zapytać o drogę, ale starszy pan jakoś nie spieszył, żeby mi powiedzieć.
Tak samo jakaś nastolatka, mężczyzna około czterdziestki i kobieta z dzieckiem, które cały czas na mnie wskazywało, a wzrok jego matki mówił w tamtym momencie wszystko.
Chodzę, a w zasadzie błąkam się po Londynie, bo nie mogę nawet dojść do mojego domu. wchodzę w różne uliczki, która zataczają krąg, bo chodzę w kółko.
Kiedy wchodzę w ciemną już szczelinę w murach widzę kilku kolesi obkładających kogoś. I tak mnie nie widzą, więc co mi szkodzi?
Podbiegam i zaczynam ich odciągać, a wtedy zauważam Harry'ego. To on, ale dużo młodszy. Wygląda na jakieś siedemnaście, osiemnaście lat.
Bardzo zmienił się od tamtego czasu. Łapię za kaptur jednego z nich i pociągam do tyłu, a on upada. Robię tak z każdym, a potem kucam przy chłopaku, który ociera krew z nosa.
Widzę zmieszanie i zdziwienie na twarzach tych chłopaków. Rozglądają się, ale nie widzą nikogo, kto ich odciągnął. Czyli mnie i dobrze.
Kiedy jeden z nich chce uderzyć Harry'ego, który zaczyna tracić przytomność, kopię go w piszczel, a ten łapie się za niego i upada.
Nagle zbiegają rodzice i zaczynają krzyczeć, a mój ojciec rzuca się na to coś. Przecież oni mnie nie widzą, skąd więc wiedzą, że ktoś jest w domu?
Mama bierze duży wazon i uderza to coś w głowę. Uścisk rozluźnia się maksymalnie, a przeciwnik upada na podłogę.
Łapię się za szyję i rozmasowuję ją, próbuję złapać oddech. Lekko zamglonym wzrokiem widzę mężczyznę leżącego na panelach.
To nie jest to, co mnie dusiło. To chłopak w moim wieku, może trochę starszy, który teraz leży bez ruchu.
Gdzie się podziała postać, która mnie zaatakowała? Wygląda na to, że właśnie wydarzyła się podwójna sytuacja.
Moi rodzice mnie ocalili, chociaż o tym zapewne nie wiedzieli. Po prostu próbowali ratować dom przed włamywaczem. Przyjechała policja, zaczęli przesłuchiwać rodziców i zabrali tego mężczyznę.
Zgasło światło, a kiedy się ponownie zapaliło stałam już w innym miejscu.
W ogrodzie oświetlanym przez światło księżyca. Zaczęłam iść przed siebie w kierunku ławki, a kiedy chciałam usiąść, to znów zrobiło się ciemno.
Nienawidzę ciemności, ale bardziej tego, co może w niej być. Przeniosłam się do parku w Londynie. Dużo dzieci, które biegały, a inne bawiły się na placu zabaw, ich rodzice i czasami dziadkowie.
Wszyscy spędzali dobrze czas, ponieważ pogoda była wyjątkowo udana.
Z myślą, że nikt mnie nie widzi udałam się na huśtawki, które uwielbiam. Usiadłam na jednej i obserwowałam małego chłopca, który zjeżdżał właśnie ze zjeżdżalni. Zaciekawiło mnie jedno, a mianowicie facet, który stał obok niego i szeptał mu coś do ucha.
Był ubrany na czarno i tak dziwnie się uśmiechał. ,,Zepchnij go, no dalej" usłyszałam to i przeraziłam się, ponieważ właśnie teraz mały blondynek miał zjeżdżać w dół.
Tamten chłopiec podszedł i popchnął go. Podbiegłam i złapałam go, a facet od razu przeniósł na mnie wzrok. Wyglądał, jakby umazał sobie powieki smołą.
- Dziękuję. - usłyszałam i spojrzałam w dół.
Chłopiec bez jednego przedniego zęba patrzył na mnie i uśmiechał się szeroko. - Wyglądasz, jak aniołek. - zaśmiał się i pobiegł do mamy.
Teraz dotarło do mnie w co jestem ubrana. Biała, nadzwyczaj prosta sukienka na ramiączkach spoczywała na mnie, a białe baletki o dziwo nie brudziły się.
Uśmiechnęłam się sama do siebie, ale uśmiech zniknął tak szybko, jak się pojawił, gdy ten mężczyzna stanął przede mną i zaczął dziwnie się poruszać.
- I co zrobiłaś? - zasyczał i spojrzał mi się w oczy. - Mógł spaść, wtedy mógłbym go dopisać do swojej listy.
- Jakiej listy?
- Martwych, a co myślałaś? Ten mały jest świetny - wskazał ręką na chłopca, który zepchnął blondyna - podatny na wszystko, co mu mówię. wykonuje każde moje polecenie, a ona - pokazał na dziewczynkę w długim warkoczyku - będzie następna.
I zniknął. Tak po prostu bez żadnego ale, zniknął. Szybko podbiegłam do chłopczyka i zapytałam go, dlaczego zepchnął tego drugiego.
Wytłumaczyłam mu też, że to bardzo złe i, że tak nie można. Powiedział, że mu kazali, a na pytanie kto mu kazał odpowiedział, że czarny aniołek. Potem uciekł do babci, która rozmawiała z jakąś kobietą.
Następna była dziewczynka. Chodziłam za nią tak długo, aż nie poszła z tatą do domu.
To było dziwne, ale chyba dziwniejsze było to, co powiedział mi ten chłopiec. Czarny aniołek? Nigdy specjalnie nie interesowałam się takimi sprawami, ale chyba będę musiała.
Pójdę do domu i poczytam o tym. No tak, zapomniałam. Nie mam domu i utknęłam w jakiejś dziwnej barierze czasu. Dzieci mnie widzą, dorośli nie. Skąd wiem, że nie? Chciałam zapytać o drogę, ale starszy pan jakoś nie spieszył, żeby mi powiedzieć.
Tak samo jakaś nastolatka, mężczyzna około czterdziestki i kobieta z dzieckiem, które cały czas na mnie wskazywało, a wzrok jego matki mówił w tamtym momencie wszystko.
Chodzę, a w zasadzie błąkam się po Londynie, bo nie mogę nawet dojść do mojego domu. wchodzę w różne uliczki, która zataczają krąg, bo chodzę w kółko.
Kiedy wchodzę w ciemną już szczelinę w murach widzę kilku kolesi obkładających kogoś. I tak mnie nie widzą, więc co mi szkodzi?
Podbiegam i zaczynam ich odciągać, a wtedy zauważam Harry'ego. To on, ale dużo młodszy. Wygląda na jakieś siedemnaście, osiemnaście lat.
Bardzo zmienił się od tamtego czasu. Łapię za kaptur jednego z nich i pociągam do tyłu, a on upada. Robię tak z każdym, a potem kucam przy chłopaku, który ociera krew z nosa.
Widzę zmieszanie i zdziwienie na twarzach tych chłopaków. Rozglądają się, ale nie widzą nikogo, kto ich odciągnął. Czyli mnie i dobrze.
Kiedy jeden z nich chce uderzyć Harry'ego, który zaczyna tracić przytomność, kopię go w piszczel, a ten łapie się za niego i upada.