Biorę rękę Harry'ego i zarzucam ją sobie na szyję, łapiąc jego dłoń z drugiej strony. Podnoszę prawie nieprzytomnego chłopaka i zaczynam iść omijając zdezorientowanych napastników. Udaje mi się wyjść z tej uliczki.
Mam wrażenie, że zaraz upuszczę nastolatka, ale na szczęście tak się nie dzieje. Muszę się ukryć, ale nie mam pojęcia gdzie. Odwracam się do tyłu i widzę tych kolesi, którzy biegną w moim kierunku.
Tak bardzo chciałabym się teraz w mojej szkole na hali sportowej. Pomimo tego, że to miejsce znajduje się w szkole, to tam czuję się najbezpieczniej.
Czuję jak słabnę, moje ramiona nie dadzą rady trzymać dalej Harry'ego. W tym momencie dzieje się coś, co z jednej strony mnie dziwi, a z drugiej bardzo pomaga.
Nie jestem już na ulicy, lecz w szkole. Nie mam pojęcia jak to się stało, ale dziękuję za to. Idę korytarzem i skręcam w prawo, a kawałek potem w lewo.
Sadzam go na pierwszym siedzeniu i biorę oddech, udało się. Próbuję otworzyć drzwi i dochodzi do tego, że wybijam szybę, a alarm na moje szczęście nie włącza się.
Byłam tu parę razy, więc orientuję się gdzie trzymają takie rzeczy jak apteczka. Biorę z szafki małą skrzyneczkę i wracam do nastolatka.
Zaczynam opatrywać mu rany, biedak usnął z wycieńczenia. Namaczam wacik wodą utlenioną i przykładam go do przecięcia na dolnej wardze.
Mam nadzieję, że go to nie boli. A jeśli tak, to tylko w maleńkim stopniu. Nie chcę sprawiać mu bólu.
Kiedy sięgam po bandaż, by obwiązać mu nim nogę, robi się ciemno.
Nie widzę nic i zaczynam panikować.
Po omacku sprawdzam, czy Harry jest na trybunach.
Nagle moja ręka spotyka dłoń, czuję ulgę, mam go.
Dłoń jest zimna i duża, robi się jasno i dociera do mnie, że już nie jestem w sali gimnastycznej. Patrzę szybko na dłoń, którą trzymam, a następnie na jej właściciela, który właśnie odwraca głowę, by na mnie spojrzeć.
Krzyknęłam widząc jego twarz, to już nie jest nastolatek, którego uratowałam.
Mężczyzna, który zamiast tęczówek ma same białka wygląda okropnie, jego skóra wydaje się być poparzona, porozrywana. Wgłębienia w niej wyglądają dziwnie, ciężko je opisać. Kiedy próbuję wyrwać swoją dłoń on chwyta mnie za drugą i zmusza do tego, by spojrzeć na niego raz jeszcze.
Robi się bardzo jasno, a przez moje ciało przechodzi wstrząs. Wystarczająco silny, żebym straciła przytomność. I dokładnie tak się dzieje, upadam i tracę świadomość.
Budzi mnie czyiś głos, znajomy i przyjemny. Otwieram oczy i widzę twarz, zielone oczy, które wpatrują się we mnie intensywnie.
Podnoszę się szybko na łokciach i dociera do mnie, ze jestem w jakiejś piwnicy.
- Hej, spokojnie, już wszystko dobrze.
- Gdzie ja jestem?
- W szpitalu, nie pamiętasz? Czekałem na Ciebie na parterze, ale nie pojawiałaś się. Potem usłyszałem, że jest awaria windy i zjeżdża ona tylko do piwnicy zamiast zatrzymywać się na wybranym piętrze.
Patrzyłam na niego dziwnym wzrokiem, on na mnie też. Wyczekiwał mojej odpowiedzi, ale się nie doczekał. Wstałam i otrzepałam spódniczkę. Wzięłam torebkę z podłogi i patrzyłam na niego.
Podał mi swoją rękę. Spojrzałam na nią, a potem na jego buzię, lecz nie złapałam jej. Zmieszany opuścił dłoń i zaczął iść w stronę schodów.
Szłam za nim i z dziwnym wrażeniem w końcu opuściliśmy szpital. Po krótkiej rozmowie dowiedziałam się, że Lecimy do Newcastle. No tak, dom jego ciotki, który sam odnowił.
Na lotnisku miałam wrażenie, że każdy patrzy tylko na mnie. Ci wszyscy ludzie.. co chwila spotykałam się wzrokiem z jakimś facetem chociaż wcale tego nie chciałam.
Męczące odczucie nie dawało mi spokoju, ale kawa, którą dostałam od Harry'ego trochę mi pomogła. Podziękowałam i upiłam mały łyk.
Zbliżałam się już do końcówki ciepłego płynu, na dnie pozostały jedynie fusy. Przypatrywałam się im, a potem zamieszałam kubkiem. Miałam wyrzucić go, ale spojrzałam raz jeszcze na fusy. Napis ,,Dead" był niezbyt widoczny, ale doczytałam się. Śmierć?
Chciałam to pokazać Harry'emu, ale odwracając się wpadłam na kogoś. Podniosłam głowę i zobaczyłam kogoś, kto dobrze znał moją matkę.
- Witaj Angelino.
Mam wrażenie, że zaraz upuszczę nastolatka, ale na szczęście tak się nie dzieje. Muszę się ukryć, ale nie mam pojęcia gdzie. Odwracam się do tyłu i widzę tych kolesi, którzy biegną w moim kierunku.
Tak bardzo chciałabym się teraz w mojej szkole na hali sportowej. Pomimo tego, że to miejsce znajduje się w szkole, to tam czuję się najbezpieczniej.
Czuję jak słabnę, moje ramiona nie dadzą rady trzymać dalej Harry'ego. W tym momencie dzieje się coś, co z jednej strony mnie dziwi, a z drugiej bardzo pomaga.
Nie jestem już na ulicy, lecz w szkole. Nie mam pojęcia jak to się stało, ale dziękuję za to. Idę korytarzem i skręcam w prawo, a kawałek potem w lewo.
Sadzam go na pierwszym siedzeniu i biorę oddech, udało się. Próbuję otworzyć drzwi i dochodzi do tego, że wybijam szybę, a alarm na moje szczęście nie włącza się.
Byłam tu parę razy, więc orientuję się gdzie trzymają takie rzeczy jak apteczka. Biorę z szafki małą skrzyneczkę i wracam do nastolatka.
Zaczynam opatrywać mu rany, biedak usnął z wycieńczenia. Namaczam wacik wodą utlenioną i przykładam go do przecięcia na dolnej wardze.
Mam nadzieję, że go to nie boli. A jeśli tak, to tylko w maleńkim stopniu. Nie chcę sprawiać mu bólu.
Nie widzę nic i zaczynam panikować.
Po omacku sprawdzam, czy Harry jest na trybunach.
Nagle moja ręka spotyka dłoń, czuję ulgę, mam go.
Dłoń jest zimna i duża, robi się jasno i dociera do mnie, że już nie jestem w sali gimnastycznej. Patrzę szybko na dłoń, którą trzymam, a następnie na jej właściciela, który właśnie odwraca głowę, by na mnie spojrzeć.
Krzyknęłam widząc jego twarz, to już nie jest nastolatek, którego uratowałam.
Mężczyzna, który zamiast tęczówek ma same białka wygląda okropnie, jego skóra wydaje się być poparzona, porozrywana. Wgłębienia w niej wyglądają dziwnie, ciężko je opisać. Kiedy próbuję wyrwać swoją dłoń on chwyta mnie za drugą i zmusza do tego, by spojrzeć na niego raz jeszcze.
Robi się bardzo jasno, a przez moje ciało przechodzi wstrząs. Wystarczająco silny, żebym straciła przytomność. I dokładnie tak się dzieje, upadam i tracę świadomość.
Budzi mnie czyiś głos, znajomy i przyjemny. Otwieram oczy i widzę twarz, zielone oczy, które wpatrują się we mnie intensywnie.
Podnoszę się szybko na łokciach i dociera do mnie, ze jestem w jakiejś piwnicy.
- Hej, spokojnie, już wszystko dobrze.
- Gdzie ja jestem?
- W szpitalu, nie pamiętasz? Czekałem na Ciebie na parterze, ale nie pojawiałaś się. Potem usłyszałem, że jest awaria windy i zjeżdża ona tylko do piwnicy zamiast zatrzymywać się na wybranym piętrze.
Patrzyłam na niego dziwnym wzrokiem, on na mnie też. Wyczekiwał mojej odpowiedzi, ale się nie doczekał. Wstałam i otrzepałam spódniczkę. Wzięłam torebkę z podłogi i patrzyłam na niego.
Podał mi swoją rękę. Spojrzałam na nią, a potem na jego buzię, lecz nie złapałam jej. Zmieszany opuścił dłoń i zaczął iść w stronę schodów.
Szłam za nim i z dziwnym wrażeniem w końcu opuściliśmy szpital. Po krótkiej rozmowie dowiedziałam się, że Lecimy do Newcastle. No tak, dom jego ciotki, który sam odnowił.
Na lotnisku miałam wrażenie, że każdy patrzy tylko na mnie. Ci wszyscy ludzie.. co chwila spotykałam się wzrokiem z jakimś facetem chociaż wcale tego nie chciałam.
Zbliżałam się już do końcówki ciepłego płynu, na dnie pozostały jedynie fusy. Przypatrywałam się im, a potem zamieszałam kubkiem. Miałam wyrzucić go, ale spojrzałam raz jeszcze na fusy. Napis ,,Dead" był niezbyt widoczny, ale doczytałam się. Śmierć?
Chciałam to pokazać Harry'emu, ale odwracając się wpadłam na kogoś. Podniosłam głowę i zobaczyłam kogoś, kto dobrze znał moją matkę.
- Witaj Angelino.
__________________________
Cześć i czołem.
Myślę, że czas tu wrócić. Jeżeli jeszcze ktoś tu ze mną jest, to bardzo się ciesze i dziękuję. x
aww ciesze sie że znowu piszesz xx @cuddle_bae
OdpowiedzUsuńHuhuhu świetny, czekam na next
OdpowiedzUsuńŚwietny 👌@xxhoranowaxx
OdpowiedzUsuńO kurcze, to jest genialne! Uwielbiam tego bloga po tysiąckroć! Pisz dalej, weny ci życzę i wytrwałości! Naprawdę świetne jest to co piszesz i aż nie mogę się doczekać ciągu dalszego! <3
OdpowiedzUsuńhej nominuję Cię do Liebster Awards :* koooocham twoje opowiadanie <3 http://www.wattpad.com/mystories?compose=true&id=112581992
OdpowiedzUsuń